Polskie wioski w Rumunii

Polskie wioski w Rumunii

4.31/5 (149)
Opublikowano przez Lasowianka

Folklor, podróż i autostop towarzyszą mi od zawsze. Są dla mnie niczym oddychanie. Jak prawdziwa miłość, z motylami w brzuchu. Zaplanowałam naszą podróż do Rumunii i odliczałam czas do jej początku. Nie tylko dlatego, że to wakacje, ale przede wszystkim dlatego, że będzie to nasza cudowna, pełna kolorytu i folkloru Rumunia. Wybraliśmy podróż autostopem, aby ruszyć w głąb kraju i zbliżyć się do ludzi. Start? Nowy Soleniec (Solonetu Neu)

Podróż minęła przyjemnie, szczególnie dlatego, że mieliśmy dużo szczęścia z autostopem i pogodą. Krótki postój na nocny biwak w lesie. Po kilku godzinach snu, obudził nas dzień z dala od pędzącego świata, trąbiących pojazdów, ograniczających nas znaków i tłumu ludzi. Uczucie, że nic nas nie ogranicza i chodzenie boso po piasku, kamieniach czy trawie sprawia, że nie pamiętamy czym były buty. Przekroczyliśmy granicę wioski. “Dzień dobry” – usłyszałam od bawiących się dzieci. Uśmiechnęłam się i poczułam się jak w domu.

 Napotkani ludzie, z zainteresowanie śledzili nasze kroki, siedząc przed swoimi domami, z niedowierzeniem, że ktoś całkiem im obcy dotarł to tego miejsca. I idzie w ich kierunku. Zapraszają na kawę, częstują kozim serem i proponują miejsce w swoich domach.

Siedząc w toalecie, w pobliskiej stajni obok domu wpatrujemy się w żującego trawę konia. A nasze ubrania przesiąkają tą chwilą i folklorem. I żeby nie było: krowim mlekiem. Myjąc włosy w strumyku zauważam, że nawet nie spostrzegłam jak pojaśniały mi włosy od słońca. A może twarz moja, której dawno nie widziałam pociemniała?

Niezależnie od miejsca, niekoniecznie w miastach oferowanych przez biura podróży, kreuję definicję innego świata. Nowy Soleniec w Rumunii i niezapisane na mapie miejsca w pobliskich lasach. Gdzie obok moich bosych śladów, szyszki i trawa. Gdzie być może nikt jeszcze nie stąpał. A ja szykując się do obiadu, kierując się godziną słonecznych promieni, szykuję ognisko do obiadu.

A wieczorem zapiszę w notesie tą chwilę, zabiorę liść z lasu i włożę do drewnianej skrzyni w domu, a moja mama widząc mnie z powrotem uśmiechnie się szeroko, patrząc na iskrzące oczy, które w jednym miejscu mogły zapisać tak wiele obrazów.

Czuję, że wróciłam inna. Nawet zwykła herbata smakuje inaczej. I tamta, przeze mnie na ogniu zagrzana smakowała lepiej. Zerkam na brązową torbę, która była kiedyś zielona i uświadamiam sobie, że niewiele wydałam. Właściwie nie widziałam sklepu od 2 tygodni, odcięłam się od migających witryn, kolejek i karty bankomatowej. Nauczyłam się doić krowy, robić ser i jeździć traktorem. Patrząc na paznokcie widzę jeszcze ślad wczoraj zjedzonych ziemniaków, które wygrzebywałam z popiołu. Brak sklepowych Żabek, Biedronek i Małpek, które w mieście spotkać można na każdym rogu.  Bo przecież tylko Pan, który mieszka przy rzece jedzie wozem dwa razy w tygodniu do wsi obok, bo tam już cywilizacja. Tam już jeden sklep. I można na wozie przysiąść, wsłuchać się w rytmu tupiących o piach podków konia i patrzeć na oddalający się namiot, do którego nikt nie zaglądnie. Nikt nic nie ukradnie, tylko postawi, własnoręcznie wypieczony chleb i swojskie masło. I nagle Ci ludzie, którzy z zadziwieniem patrzyli na mnie po raz pierwszy zapraszają mnie do swoich domów. Po przecież Pani mieszkająca tuż przy stawie jubileusz swój ma. I przepływa przeze mnie uczucie wspólnoty. I nawet na tą okazję malujemy się wszystkie, wkładając kolorowe wianki na zaplecione „koszyczki” na głowie. I nie mam najmniejszej ochoty wracać. Bo ten właśnie inny świat stał się kolejnym moim domem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Pozostałe nagrody