Magiczny Zakynthos

Magiczny Zakynthos

4.75/5 (4)
Opublikowano przez Alketta

To był jeden z mroźnych, styczniowych popołudni. Robiło się już ciemno, kiedy tata wrócił z pracy i w progu domu oznajmił: jedziemy na Zakynthos! To były nasze drugie wspólne, rodzinne wakacje, gdyż kiedyś odwiedziliśmy już Bułgarię. Wcześniej nigdy nie mieliśmy okazji razem jeździć gdzieś dalej niż Polska. Te wakacje planowaliśmy od jakiegoś czasu, ale dopiero teraz było wiadome, gdzie pojedziemy. Gdy na dworze szalał mróz, to w domu panowała gorąca atmosfera radości i szczęścia. W końcu odpoczniemy od miejskiego zgiełku i problemów czyhających na każdym kroku. Nagle wszyscy rzuciliśmy się do komputera i pierwszym co zrobiliśmy, to wpisaliśmy w wyszukiwarkę „Zakynthos”. Szeroko otworzone usta to tylko jedna z wielu reakcji na ten widok. W takim raju nie byliśmy nawet w najśmielszych snach. Podniosła chwila trwała długo. Nie mogliśmy zasnąć z euforii i przed snem wyobrażaliśmy sobie nas w tej magicznej scenerii.

Prawie pół roku. Tyle musieliśmy czekać na nasze upragnione wakacje. Każdy dzień dłużył się w nieskończoność. Niezbyt ciepła wiosna potęgowała tylko niecierpliwość. Ale w końcu nadeszła długo wyczekiwana data – 6 czerwca 2017. Cała nasza czwórka (tata Grzegorz, mama Agnieszka, starsza córka Alicja i młodsza Natalia) nie ukrywała radości. Samolot zaplanowany mieliśmy z lotniska z Katowic – Pyrzowic, ponieważ najbliższe nam Kraków-Balice niestety nie ma połączeń na Zakynthos. Na miejsce dotarliśmy własnym samochodem, który pozostawiliśmy u rodziny zajmującej się prowadzeniem parkingu dla osób wylatujących z Katowic. Koszt pilnowania samochodu przez 10 dni wyniósł nas 70 PLN. Jest to bardzo korzystna alternatywa, mając na uwadze fakt, że postój na lotniskowym parkingu kosztuje w granicach 200 PLN. Wylot mieliśmy o godz. 5.40. Na miejscu byliśmy już standardowe 2 godziny wcześniej. Na szczęście odprawa odbyła się zgodnie z czasem. Teraz czekał nas tylko 2 i pół godzinny lot. W Katowicach było bardzo pochmurno i wzbijaliśmy się w gęste kłęby chmur, natomiast niedługo potem za granicą gór pogoda poprawiła się i było bezchmurnie i słonecznie. 

KALIMERA! Na miejscu na lotnisku Dionizosa, nazwanego tak na cześć patrona wyspy, byliśmy ok. godziny 9 czasu lokalnego. Musieliśmy przestawić nasze zegarki o jedną godzinę naprzód, zgodnie ze strefą czasową. Do hotelu zabrał nas zarezerwowany autokar. Nie zdążyliśmy się nawet dobrze rozsiąść w fotelach, gdy byliśmy na miejscu. Nasz hotel Best Western Zante Hotel w miejscowości Laganas znajdował się ok. 5 km od lotniska. Doba hotelowa rozpoczyna się dopiero o godz. 14, więc ten czas musieliśmy poczekać jeszcze w typowo „polsko pogodowych” ubraniach, czyli w długich jeansach i kurtkach w rękach. Temperatura sięgała 32 stopni w cieniu. Na szczęście od razu po przybyciu zameldowaliśmy się w hotelu i dostaliśmy opaski „all inclusive”, więc mogli nieco zapomnieć o upale, usiąść w cieniu, coś zjeść i wypić.

         Pokój udało się dostać nieco wcześniej, zwolnił się przed godz. 13. Zawieźliśmy nasze bagaże i rozpakowaliśmy się. Moja młodsza siostra nie jest przyzwyczajona do wczesnego wstawania i długiego czekania, więc ten czas postanowiła poświęcić na krótką drzemkę.

Pierwszy dzień na wyspie postanowiliśmy spędzić na przywitaniu się z morzem i poznania najbliższej hotelu okolicy. Droga do morza to niecałe 300 m, a w na tej odległości można było spotkać kilka mini marketów z pamiątkami, punktów sprzedaży wycieczek, a przy samej plaży – klimatycznych restauracyjek. Grecy są bardzo otwarci i zawsze zapraszają do wstąpienia na pyszny obiad. Mają dobry sposób na szybkie poznanie narodowości przechadzających się turystów. Nasza słowiańska uroda chyba jest oryginalna wśród innych przyjezdnych, bo od razu krzyknęli do nas: „Dzień dobry!”. Grzecznie przywitaliśmy się, zdjęliśmy klapki i bosymi stopami spacerowaliśmy po plaży. W drodze powrotnej do hotelu musiałam sobie zrobić zdjęcie z pięknymi różowymi kwiatami, które w krajach śródziemnomorskich są na każdym kroku. Ten rodzaj krzemu nazywa się bugenwilla. Po prawej stronie plaży (od strony uliczki) można zobaczyć w dali malutką wysepkę , do której prowadzi długi most. Po lewej stronie zaś wzgórza i gdy będzie miało się trochę szczęścia (a nie jest to trudne) ujrzy się zniżający się do lądowania samolot. Plaża na możliwości spacerowe jest dosyć długa. Na całej jej długości można zobaczyć leżaki i parasole do wypożyczenia. Jednorazowy koszt takiej usługi to 10 € za 2 leżaki i parasol.

Drugi dzień. Ustaliśmy, że będziemy wstawać codziennie o 8.30. Po pysznym śniadaniu w typie szwedzkiego stołu udaliśmy się na hotelowy basen, a następnie korzystaliśmy z różnych atrakcji, tj. bilard, pingpong, czy siłownia. Po południu udaliśmy się na plażę. Hotel zapewnia ręczniki basenowe, które można zabierać ze sobą nad morze. Obsługa sprzątająca stara się je często wymieniać na świeże.

         Trzeci dzień. W tym dniu udaliśmy się na plażę i skierowaliśmy w prawą stronę, w stronę tej małej wysepki, która nazywa się Wyspa Cameo. Piesza wędrówka do tego miejsca zajęła nam około pół godziny. Na miejscu ujrzeliśmy ów mostek. Mimo że wyglądał, jakby był dopiero co zbity, to pięknie komponował się z morzem i otoczeniem. I był wytrzymały. Nie ugiął się, gdy przechodziło po nim naraz kilkanaście osób. Na końcu mostku znajdowała się wielka skalna ściana, a po prawej stronie wąziutkie i strome schody na samą górę. Najbezpieczniej było trzymać się poręczy, gdyby komuś zakręciło się w głowie. Na samej górze schodów można było podziwiać piękną panoramę plaży. Wejście do wnętrza tego, jak go nazwałam., „mini klubowego miasteczka” kosztowało 5 €. Klubowego, ponieważ dochodziła z tego miejsca głośna muzyka. W zamian dostawało się specjalną kartę. Dzięki niej można było dostać w sąsiednim barze butelkę greckiego piwa Mythos lub za dopłatą 1 €, coś innego, np. cydr jabłkowy, soki lub drinki. Można było rozkoszować się napojem i oglądać wspaniałe pejzaże Zakynthosu.

Kilka kroków dalej, za bujną zielenią i schodkami w dół można było się dostać do mini plaży, gdzie głośno rozbrzmiewała sącząca się z głośników klubowa muzyka. To ją było słychać już daleko przed wejściem na Wyspę. Ten widok zapadnie nam długo w pamięci. Najpiękniejsze niebieskie morze, wysokie klify i łopoczące na wietrze białe materiały. Nowością był niedawno wybudowany mostek wychodzący w morze, na którym oczywiście musieliśmy zrobić sobie zdjęcie. 

Po powrocie do hotelu zjedliśmy smaczną kolację i na miękkich siedzeniach spędzaliśmy miło czas przy greckiej muzyce.

Czwarty, piąty i szósty dzień minął na błogim lenistwie, leżeniu plackiem na plaży i pływaniu w morzu. Kilka razy udało nam się ujrzeć coraz niżej lecący samolot i zbliżający się do lądowania. Naprawdę robiło to na nas duże wrażenie. W czwartym i piątym dniu pogoda dopisywała bezbłędnie. Ponad 30 stopniowy upał pozwalał na łapanie opalenizny. Jedynie szósty dzień (niedziela) był typowo „angielski”. W nocy cały czas padało, a można nawet powiedzieć, że lało. Jak to określiła nasza pani rezydent, było to swoistym ewenementem. Deszcz występuje na Zakynthosie w okresie czerwcowo – wrześniowym bardzo rzadko. Do południa było zachmurzono, a słońce miało problemy z wybiciem się ponad kłęby chmur. Dopiero po południu pogoda się wyklarowała i ujrzeliśmy niebieskie niebo. Jakby wiedziała, że niedziela jest dniem greckiego wieczoru i musi być słoneczna.

Po kolacji, ok. godziny 21.00 rozpoczął się ów wieczór. W dobrym guście jest założenie przez mężczyzn długich spodni, a u kobiet sukienek, po prostu elegancko. Na tę okazję zaproszeni zostali greccy tancerze, którzy zaprezentowali nam typowe dla Grecji ruchy taneczne. W wir zabawy rzucili się także kucharze i kelnerzy restauracji. Miło było popatrzeć jak niewiele trzeba, by dobrze się bawić. Ale Grecy właśnie tacy są. Lubią tańczyć, dobrze zjeść, a potem się bawić przy wtórze greckich melodii.

 

Siódmy dzień obfity był w dużo atrakcji. W ten dzień wykupiliśmy sobie u pani rezydent wycieczkę dookoła wyspy. Cena dla osoby dorosłej wynosiła 34 €, a dla dziecka 17 €. Oprócz niej do wyboru mieliśmy (lecz nie skorzystaliśmy) rejs do Zatoki Wraku i Błękitnych Grot w cenie dorosły 34 €/ dziecko 17 €, żółwiowy rejs prawdziwą grecką łodzią kaiki w cenie dorosły 28 €/ dziecko 15 €, Starożytną Olimpię w cenie dorosły 50 €/ dziecko 35 € i rejs na sąsiednią wyspę Kefalonię w cenie dorosły 50 €/ dziecko 35 €. Nasz wybór padł na wycieczkę dookoła wyspy dlatego, że przedstawia Zakynthos w pigułce i jest to wycieczka całodniowa.

Jako pierwszy punkt programu tej wycieczki odwiedziliśmy tłocznię oliwy Aristeon, gdzie znajduje się jedno z najstarszych drzew oliwnych na wyspie. Według badaczy ma od  2000 do 3000 lat. Najmłodsze drzewko oliwne, które jest gotowe do wydania oliwek musi mieć ok. 70 lat. W porównaniu do sędziwego kilku tysiącletniego drzewa, to młody podlotek 😉 Szacuje się, że na Zakynthosie, którego powierzchnia wynosi ok. 400 km2, jest blisko 2 miliony drzewek oliwnych. Po zaproszeniu do środka tłoczni oliwy wysłuchaliśmy krótkiej historii tłoczenia oliwy i zobaczyliśmy historyczne przyrządu ku temu służące. Następnie mogliśmy spróbować oliwek, daktyli i kilku smaków oliwy, maczając kawałeczki chleba w każdym z nich. W ofercie były m.in. smaki: cytrynowy, pomarańczowy, czy czosnkowy. Nam najbardziej do gustu przypadł ten ostatni. Każdy mógł także na własnej skórze wypróbować oliwkowych kosmetyków: żeli, kremów, balsamów i mydełek.

 

Następnym punktem postojowym była winiarnia, prowadzona przez bardzo sympatyczną rodzinę. Tam mogliśmy degustować kilku rodzajów win, od wytrawnych, przez półsłodkie, do słodkich oraz sera koziego, który był niezwykły w smaku. Nie sposób go porównać do serów dostępnych w Polsce.

Z winiarni udaliśmy się w dalszą podróż autokarem. Po drodze zatrzymaliśmy się, aby dotknąć najstarszego drzewa oliwnego na Zakynthosie, mające kilka tysięcy lat i które jeszcze może rodzić oliwki! W małych ilości, ale jednak.

Stamtąd wyruszyliśmy na północ wyspy. Tam jakby turystyka obumarła. Nie ma żadnych hoteli, życie toczy się tu bardzo powoli. Tylko kręte drogi, strome zbocza i widok na morze. Nieraz mieliśmy stracha, gdy autokar poruszał się po wąziutkich dróżkach, w dole mając przepaść. Ale dla kierowcy była to bułka z masłem. Widać, że zna te tereny od podszewki i wie jak się tam poruszać. Tutaj, na północnych zboczach Vrachionas (najwyższego pasma górskiego Zakynthosu), znajduje się monastyr pod wezwaniem matki Boskiej w miasteczku Anafonitria. Jest on najstarszym na całej wyspie. To tutaj mieszkał patron wyspy- święty Dionizos. Aby wejść do jego środka, kobiety obowiązkowo muszą okryć ramiona, gdyż na Zakynthosie, tak jak w Grecji kontynentalnej, wyznaje się prawosławie. Sam monastyr swoim wyglądem przypominał nam nieco ruiny małego, starego zamku. Mały placyk przed budynkiem ozdabia zielona roślinność i piękne różowe kwiaty. Całość wygląda bardzo klimatycznie i sielsko. Cisza i bliskość natury pozwala na chwile kontemplacji. Za bramą monastyru mogliśmy zrobić sobie zdjęcie z osiołkiem – zwierzęciem charakterystycznym dla Grecji – a następnie chwilkę odpocząć w pobliskiej kawiarni, chłodząc się popisowym napojem Zakynthosu – mrożoną kawą Frappe lub świeżo wyciskanym sokiem z pomarańczy. Obydwa te napoje kosztowały po 2.5 €.

Przejazdem trafiliśmy na małe stoisko, prowadzone przez uroczą panią Greczynkę, która bardzo dobrze sobie radziła z językiem polskim. Mogliśmy nabyć tu przeróżne łakocie: od daktyli, miodu, nalewek, konfitur oraz popisowych owocowych galaretek w pudrze. A i dla domu można było coś upolować. Małe i duże dywaniki we wszystkich kolorach i wzorach.

Najważniejszym etapem naszej autokarowej podróży po wyspie było oczywiście odwiedzenie kultowej Zatoki Wraku od strony lądowej. Nie zobaczyć tego miejsca będąc na wyspie byłoby grzechem. Krajobraz ten widnieje we wszystkich folderach promujących Zakynthos i jest jego swoistą wizytówką. Na miejscu przywitała nas bardzo długa kolejka. Każdy wytrwale czekał, aby zrobić sobie zdjęcie na tarasie widokowym, aby w tle uchwycić zatokę i plażę Navagio z wrakiem.

Czekanie nie dłużyło się tak bardzo, ponieważ rodowici Grecy raczyli nas smakołykami wyspy na obok stojących kramach. Można było spróbować wielu nalewek, a szczególnie popisowego trunku z lokalnym miodem. Panowie znali się bardzo dobrze na fachu sprzedaży i marketingu, ponieważ zachęcali nas w naszym ojczystym języku. „Spróbuj pani miodowy bimberek, dobry bimberek” to tylko jedne z ich sloganów 😉

Gdy przyszła nasza kolej szybko zrobiliśmy zdjęcia i rozmarzaliśmy się nad pięknem panoramy Zatoki.

Ostatnim punktem naszej wycieczki był rejs łódkami do Niebieskich Jaskiń z portu Agios Nikolaos (koszt zawarty był w cenie wycieczki). Pomimo pięknej, słonecznej pogody, bardzo bujało łódką. Jeśli ktoś ma chorobę morską, mógłby nie być zadowolony. Ale widok pięknych grot, gdzie promienie słoneczne załamywały się z lazurowej wodzie, rekompensował bujanie. Cały rejs trwał około 30 minut. Po dopłynięciu do portu, z którego wyruszyliśmy, udaliśmy do małego baru pod markizami, aby coś wrzucić na ząb. Zjedliśmy po kebabie w cieście, z obowiązkowymi 2 frytkami z niego wystających. Można było sobie nim pojeść, a kosztował 3 €. Po posiłku mieliśmy około 20 minut czasu wolnego, więc  w tym czasie  pisaliśmy pocztówki. Najlepiej jest mieć przy sobie cienki marker, ponieważ widokówki wykonane są z obydwu stron ze śliskiego papieru, a zwykłym długopisem jest ciężko pisać, gdyż pismo przerywa.

Następnie punktem wycieczki było odwiedzenie stolicy Zakynthosu, o tej samej nazwie, co wyspa. Panorama miasta zobaczyliśmy z punktu widokowego, gdzie można je było zobaczyć w całej okazałości. Samo miasto z bliska zobaczyliśmy przejazdem z autokaru. Ku naszemu zdziwieniu na ulicach było prawie pusto. Rezydent wyjaśniła nam, że to normalne w Grecji, gdyż jest pora sjesty. Każdy Grek odpoczywa i siga siga (co znaczy powoli powoli). Po co się spieszyć, człowiek musi odpocząć. Tak jak my w niedziele mają wolne, ale także w środę, bo to środek tygodnia i też trzeba zrobić sobie przerwę. Miasto tętni życiem w dni patrona wyspy – Dionizosa – 17 grudnia i 24 sierpnia. Żeby zobaczyć beztroskie i powolne życie, trzeba udać się do Grecji, albo na Zakynthos. Ale myślę, że Polacy mieliby problem z przystosowaniem się do częstego nicnierobienia. Jesteśmy przyzwyczajeni do życia w biegu, pracy i pogoni za pieniędzmi. A jeśli już zeszliśmy na temat pieniędzy to podstawowa pensja na Zakynthosie wynosi podobnie jak w Polsce. Jedne z większych zarobków przypada na sezon turystyczny, który trwa kilka miesięcy. A poza nim to co? Dowiedzieliśmy się, że osoby z branży turystycznej zabezpieczone są zasiłkami od państwa.

Ostatnie ósmy i dziewiąty dzień spędziliśmy na spacerach uliczkami, wylegiwanie się na plaży i pływanie w hotelowym basenie. Gdy szliśmy na plażę ten sam Grek, który zapraszał nas do restauracji, z daleka krzyknął do na  „Buongiorno!”. W sumie nie ma co się dziwić. Byliśmy tak opaleni, że można nas było z Włochami pomylić. I wtedy przypomniał mi się cytat z „Jak rozpętałem II wojnę światową”. Odpowiedziałam mu: „No, no, no Polaco”. Grek trochę się zmieszał, że nie trafił, ale zrekompensował się polskim „ Dzień dobry”.

W tym dniu wysłaliśmy także kartki do rodziny. Znaczek kosztuje 1 €. Skrzynki pocztowe na listy znajdują się na każdym rogu. Są one duże, żółtego koloru, z niebieskimi napisami. My wrzuciliśmy do jednej, której znajduje się przy naszym ulubionym markecie. Ulubiony dlatego, że kupić w nim można było wszystko, co na wakacjach potrzeba. Od produktów spożywczych, chemię, po różnego rodzaju pamiątki. Sklepy takie w pobliżu oferują różne gadżety plażowe: kapelusze, ręczniki i torby od 5 do 10 €, napompowane już dmuchane materace w cenie ok. 10 €, rakietki z piłeczką (bardzo popularne na Zakynthosie, dużo osób gra nimi na plaży, kosztują ok. 5 €), balsamy do opalania, które niestety na polskie realia są drogie (ok. 10-20 €).

Dziesiąty dzień był dniem wylotu. Regulaminowo do godz. 12 musieliśmy opuścić pokój. W dobrym zwyczaju było zostawienie kilku euro dla pokojówek, które przez cały pobyt były bardzo miłe. Po wymeldowaniu się i zapisaniu się w księdze gości, czekaliśmy w holu hotelowym na autokar, który zawiezie nas na lotnisko. Wylot zaplanowany był na godz. 18.40. Ale czasem pech sprawi, że nie wszystko będzie jak w zegarku. Nasz samolot był opóźniony i wylecieliśmy dopiero o godz. 21 czasu lokalnego. Lot nie należał do najprzyjemniejszych. Pogoda była burzowa, deszcz zacinał, a chmury piętrzyły się i nie było żadnej widoczności. W pewnym momencie zgasło światło, a samolotem zaczęło trzepać. Oświetlenie skrzydeł zaczęło migotać w chmurach na pomarańczowo, dając wrażenie kuli ognia. Człowiek w życiu takich rzeczy nie widział, toteż się wystraszył, bo nigdy nie miał z taką sytuacją do czynienia. Zawsze lecieliśmy w dzień, po bezchmurnym w niebie. Ale na szczęście wylecieliśmy z gęstwiny chmur i bezpiecznie wylądowaliśmy w ulewnych Katowicach ok. godz. 23. Głodni pojechaliśmy do jedynego otwartego w pobliżu baru szybkiej obsługi, bo w domu nie było na co liczyć przy pustej lodówce. W domu byliśmy krótko po północy. Zmęczeni podróżą, ale szczęśliwi, z nowym bagażem wspomnień, wróciliśmy do domu, przywitani przez uradowane naszą obecnością 2 koty i psa.

Rady przed wyjazdem na wakacje za granicę:

– warto wcześniej odkładać sobie pieniążki na wakacje, aby mieć na dodatkowe wydatki w euro

– często sprawdzać oferty wakacyjne, aby wybrać najkorzystniejszą

– wakacje rezerwować tylko ze sprawdzonych biur podróży i w miejsca bezpieczne

– najlepiej rezerwować wakacje „all inclusive”, mamy wtedy zapewnione pełne wyżywienie i nie musimy się o to martwić i zakupywać posiłki na własną rękę

– polską walutę na euro najlepiej wymieniać w mniejszych, lokalnych kantorach i porównywać ich oferty między sobą. Kantory na lotniskach mają bardzo niekorzystne przeliczniki

– bagaż najlepiej nadać do luku bagażowego, ze względu na to, że do bagażu podręcznego nie można wkładać dużych litraży, kosmetyków w normalnych wielkościach i narzędzi kosmetycznych, np. pęset, czy pilniczków

– najlepiej zużyć większość kosmetyków na miejscu i wyrzucić puste opakowania, by mieć miejsce na pamiątki, butelki z alkoholem, oliwą, itp. Dodatkowe kilogramy kosztują przy odprawie. Warto mieć ze sobą w podróży specjalną bagażową wagę hakową (nie droga, a oszczędzi nerwów, czy nie przekroczyliśmy kilogramów)

– pamiątki i inne kruche rzeczy warto owinąć w bagażu w ubrania lub inne miękkie rzeczy, ponieważ bagaże są prawie zawsze rzucane na taśmę przez pracowników obsługi lotniska

Oraz na sam koniec – co można przywieźć ze sobą z wakacji na Zakynthosie 😉

Dodaj komentarz

Please Login to comment
  Subscribe  
Powiadom o

Pozostałe nagrody