Magia czarnego lądu…Kenia

Magia czarnego lądu…Kenia

4.89/5 (35)
Opublikowano przez gatkens

Miejsce: Kenia, Diani Beach (k. Mombasy)

Termin: 7-13.11.2016

Wylot: Warszawa

Cena: 2450,00 zł/os.

Rodzaj: All inclusive, last minute

Hotel: 9/10

Jedzenie: 9,5/10

Atmosfera: 10/10

Pamiątki: 10/10

Widoki: 10/10

Ocena ogólna: 9,7/10

Zalety: klimat, rajska plaża (biała, piaszczysta), ludzie, jedzenie, safari, nurkowanie, urokliwe miejsca, mentalność, czysta woda, Ocean Indyjski, dzikie zwierzęta, małpy na terenie hotelu, Masajowie, inna kultura, targowanie się, ręcznie robione pamiątki, piękne chusty, animacje, pyszne tropikalne owoce, stada krabów, półkula południowa, raj, natura nieskażona ludzką ręką

Wady: słona woda w kranie, naciągacze sprzedający upominki na plaży, śmieci na ulicy miasta, porwane przez fale RayBany 🙁

Źródło: https://www.google.pl/maps?source=tldso

Podróż

W listopadzie zeszłego roku, jako świeże małżeństwo udaliśmy się w egzotyczną podróż do Kenii. Cena była bardzo atrakcyjna, skorzystaliśmy więc bez mrugnięcia okiem. Po długim locie w końcu wylądowaliśmy na czarnym lądzie, na lotnisku w Mombasie. Wysiadając z samolotu od razu uderzyła nas wysoka temperatura, przeżyliśmy szok termiczny (u nas w listopadzie jest jednak zimno, a tam mimo wieczoru oszałamiające 30°C i duża wilgotność). Oczywiście mieliśmy transfer z lotniska do hotelu – mały busik sprawiał wrażenie, jakby miał ze 100 lat J. Bagaże wszystkich podróżnych wylądowały na dachu busika, a zaraz po przekroczeniu bram lichego lotniska wjechaliśmy z dużą prędkością w ogromną dziurę, myślałam że nerki mi odbiło… Cóż, podróż bez emocji byłaby nudna, a tu mieliśmy zaserwowaną wysoką dawkę już od pierwszych minut.

Wieczornego przejazdu przez Mombasę nigdy nie zapomnę: mnóstwo ludzi, bardzo skromne zabudowania, niektóre sprawiały wrażenie niedokończonych, a i tak ktoś tam mieszkał, co krok ruiny, targi, śmieci na ulicy. Ojjjj, wrażenia inne niż w Europie… I jeszcze ta przeprawa promem… Miasto jest położone na wysepce, więc trzeba przeprawić się promem na stronę wybrzeża. Najpierw na prom wjeżdżają samochody, potem wchodzą ludzie – ile się zmieści. A mieści się dużo. Miałam wrażenie, że ten tłum nigdy się nie skończy, i że zaraz utoniemy. Na szczęście przeprawa udała się bez zakłóceń i cali dojechaliśmy do naszego hotelu Papillon Lagoon Beach na Diani Beach.

Hotel i otoczenie

Pokoik był czysty, ale skromny – ponoć kenijski standard. Codziennie obsługa zmieniała ręczniki i myła podłogi, zawsze też czekała na nas świeża, słodka woda w termosie przy zlewie. Woda w kranie była …słona, więc to też „ciekawa” kuracja dla moich włosów (przeżyły i mają się dobrze). Po męczącej podróży dostaliśmy pyszną kolację, jedzenie trochę afrykańskie, trochę europejskie. Co mnie uderzyło to skromność – był całkiem spory wybór, obsługa donosiła półmiski, jak coś się skończyło, ale ogólnie wystawiali mało jedzenia. W przeciwieństwie do innych kurortów, tutaj miałam wrażenie, że faktycznie jest problem z żywnością, nakładałam tylko tyle ile naprawdę mogłam zjeść, albo nawet trochę mniej, mając nadzieję, że pozostałości trafią do potrzebujących.

Po pierwszej kolacji zasłużony odpoczynek po długiej podróży – przy łóżku obowiązkowo moskitiery, które codziennie rozkładaliśmy. O tej porze roku (po okresie deszczowym) jest małe zagrożenie zarażenia się malarią, jednak na zimne warto dmuchać.

Pierwszy dzień rozpoczęliśmy od obejrzenia terenu hotelu i znalezienia śniadania :). Okazało się, że śniadanie i obiad są podawane w postaci szwedzkiego stołu w urokliwej, drewnianej jadalni, w przeciwieństwie do kolacji – ta była (również w postaci szwedzkiego stołu) podawana na tarasie. Klimatyczne kolorowe lampki powieszone na drzewach pięknie podkreślały urok tego miejsca i sprawiały, że posiłki i wino pod gołym niebem były jeszcze pyszniejsze.

Pierwszy szok: małpy chodzące jak koty po terenie hotelu… Pierwsza myśl: bać się i uciekać, czy może pogłaskać? Oczywiście ich nie dotykaliśmy, ale wspaniale było podejrzeć małpiątka, które bez skrępowania chodziły po balkonach i pukały w okna, żeby dostać jakąś przekąskę. Oczywiście staraliśmy się ich nie dokarmiać!

Po śniadaniu poszliśmy przywitać się z Oceanem. Widok był piękny, rajski kolor wody i plaży, a wokół palmy. Po przekroczeniu ostatniego schodka hotelu od razu ruszyli w naszą stronę tubylcy oferując (bezbłędną angielszczyzną) pamiątki i wycieczki. Ciężko było się od nich uwolnić, chociaż od razu zainteresowały nas oferty wycieczek – w końcu woleliśmy zapłacić tubylcom niż wybrać się za pośrednictwem biura podróży. Grzecznie, ale stanowczo odmówiliśmy, mówiąc, że to nasz pierwszy dzień i na razie się rozglądamy. Niestety pomogło tylko na chwilę… Ledwo doszliśmy do brzegu, a kolejni proponowali swoje usługi. Na dłuższą metę jest to męczące, a po 3 dniach my sami byliśmy już dla nich niemili, bo inaczej chyba nigdy nie daliby nam spokoju. Na następny dzień kupiliśmy w końcu wycieczkę na safari, akurat udało się, że pojechaliśmy z poznanymi w hotelu Polakami.

Safari – 70$/os.

Do Parku Narodowego Tsavo jechaliśmy ok. 5h, przy okazji zobaczyliśmy Mombasę za dnia (z przeprawą promem w roli głównej). Trasa mimo, że męcząca, robiła wrażenie. Niestety bieda była widoczna. Góry śmieci przy drodze, bydło bez grama tłuszczu szukające choćby jednego źdźbła trawy, chatki z drewna lub z błota, kobiety z dzbanami na głowie, tragiczne drogi – dziurawe, ruch typowo południowy z trąbieniem na potęgę i wymijaniem się na oślep. Ogólnie śmierć i przerażenie w oczach.

Po długiej trasie dojechaliśmy w końcu do imponującej czerwonej sawanny. Nasz kierowca otworzył dach w aucie i rozpoczęliśmy polowanie na zwierza …z aparatem oczywiście. Udało nam się zobaczyć słonie, żyrafy, zebry, hieny, bawoły… To było niesamowite i fascynujące. Później czekał na nas pyszny lunch niedaleko zwierzęcego wodopoju – tu też mogliśmy obserwować egzotyczne zwierzęta w akcji. Niestety nie widzieliśmy lwa, ale większe szanse mielibyśmy, gdybyśmy zdecydowali się na dwudniową wycieczkę – może kiedyś nadrobimy :).

Wioska Masajów – 10$/os. + kilka dolarów za biżuterię

W drodze powrotnej nasz kierowca zawiózł nas do wioski Masajów. Przywitały nas dzieci i dorośli w typowych masajskich strojach (wydało nam się to trochę teatralne, ale przyjęliśmy rzeczywistość jaką była). Skromne domki, pokaz rozpalania ognia, tradycyjnego tańca i śpiewów, podskakujący mężczyźni (konkurs na najbardziej męskiego członka plemienia – na zasadzie, który wyżej podskoczy).

Jeszcze w Polsce na forach przeczytaliśmy, że warto mieć ze sobą jakieś cukierki itp. Wzięliśmy więc kilka paczek, a to była idealna okazja, żeby je rozdać. Dzieci rzuciły się na rękę mojego męża, jakby nigdy nie jadły cukierków. To było trochę smutne i wzruszające. Kupiliśmy ręcznie robioną biżuterię, nawet nie dlatego, że się nam podobała…

Wracaliśmy z wycieczki z mieszanymi nastrojami. Przekonywaliśmy się, że to było udawane, ale czy dzieci naprawdę by tak udawały? Jedno co mi przeszkadzało, to to, że masajskie dzieci nie chodzą do szkoły. To jest ich kultura i nie mam prawa tego oceniać, jednak mam wrażenie, że takie dzieci również powinny mieć szanse, chociażby wyboru.

Do hotelu wróciliśmy dość późno, ale jeszcze załapaliśmy się na kolację i wieczorne animacje. Po takich wrażeniach musieliśmy napić się drinka, najlepszy z oferowanych to Malaria Killer =) – ogólnie hotelowy barman nie żałował alkoholu i drinki były naprawdę killer…

Wieczorem wyszliśmy jeszcze na plażę, a tam zastaliśmy mnóstwo krabów, które wychodziły ze swych norek i przemieszczały się po chłodniejszym piasku. Były ich setki, ale były raczej płochliwe, więc nie baliśmy się ewentualnego uszczypnięcia.

Kolejne dni mijały na leżakowaniu, rozmawianiu z tubylcami, zajadaniu świeżych kokosów prosto z drzewa, spacerach po plaży, siatkówce plażowej, kąpielach w basenie. Często wybieraliśmy się na dłuższe piesze wycieczki, ale tubylcy szli z nami, często nic nie mówiąc i tłumacząc, że są naszą obstawą… Nie pomagały nawet zapewnienia, że chcemy zostać sami, bo to nasz ‘romantic walk’.

Targ przy hotelu – 7$ i 3 pary skarpet

Wybraliśmy się oczywiście po pamiątki. Zakupiliśmy 2 figurki Masajów, ręcznie robione z drewna (żadne made in china). Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie cena, jaką za nie zapłaciliśmy. Za jedną – 3 pary męskich skarpet (tak, mój mąż wziął do Kenii skarpetki…). Nie przyszłoby nam to do głowy, gdyby nie sugestia sprzedawcy, że u nich jest to towar cenniejszy niż złoto. Drugą figurkę do pary stargowaliśmy do 7$. Cena początkowa za komplet: 120$.

Nurkowanie – 6$/os.

W pobliżu hotelu cumowały katamarany wykonane z drewna. Nie wyglądały może super bezpiecznie, stwierdziliśmy jednak, że z chęcią przepłyniemy się w głąb oceanu i ponurkujemy. Gdy już namierzyliśmy właściciela owej ‘łódki’, zaczęły się ostre negocjacje. Cena początkowa to 20$/os., jednak gdy dowiedział się, że jest nas aż 6 os., a był to przedostatni dzień naszej wycieczki i średnio staliśmy z pieniędzmi – spuścił cenę do 6$/os. Frajdą było samo przepłynięcie się tym katamaranem, była tam również niewielka rafa koralowa, może niezbyt spektakularna, ale i tak była to bardzo przyjemna i orzeźwiająca atrakcja.

Turnus dobiegał końca, ze smutkiem żegnaliśmy rajską plażę, miłych kelnerów i barmanów, nasze słodkie małpki… Specjalnie nie opisuję wszystkich atrakcji i przygód, w końcu każdy sam powinien odkryć swoją Kenię =). Polecam gorąco i bardzo chętnie jeszcze kiedyś odwiedzę to magiczne miejsce…

Wskazówki:

  • dolary muszą być wyprodukowane po 2006r. – innych nie chcą przyjmować;
  • zakupy warto robić w supermarkecie i na targu w większym miasteczku tj. Ukunda;
  • do miasteczka najłatwiej dostać się tuk-tukiem, to taki motorower z kanapą, teoretycznie na 4 osoby, w praktyce jechaliśmy w 8 osób J, koszt: 2$;
  • fajne pamiątki dla bliskich: kenijska kawa i herbata (zapakowana w maleńkie kwadratowe pudełeczka, ręcznie robione chusty i biżuteria, owoce np. kwaśna marakuja!);
  • warto zabrać ze sobą cukierki, SKARPETY, kredki itp. dla dzieci i nie tylko;
  • oczywiście dolary na napiwki też są mile widziane;
  • przejeżdżając przez większe miasta koniecznie trzeba uważać na złodziei – nie wystawiać aparatów/ kamer poza okna pojazdu!
  • hotelowe małpki też …kradną. Najchętniej jedzenie z torebek pozostawionych na leżakach, lubią też wypić drinka/sok/piwo/cokolwiek? Nie zalecam pozostawiać kubków z napojami – jeżeli małpa nie wypije w całości to jesteśmy narażeni na konsumpcję po niej…

  • koniecznie: mocniejszy środek typu Mugga na komary.

P.S.: Kenijskie niebo też potrafi się gniewać 😉

Tyle prawdy w jednym zdaniu:

„Podróże to jedyna rzecz na którą wydajemy pieniądze a stajemy się bogatsi…”

~Anonim

Dodaj komentarz

Please Login to comment
  Subscribe  
Powiadom o