Bali, Jawa, Gili Meno – przewodnik po indonezyjskim szczęściu

Bali, Jawa, Gili Meno – przewodnik po indonezyjskim szczęściu

4.5/5 (6)
Opublikowano przez borola88

Na pewnym etapie podróży, mąż mój rzucił we mnie tymi oto słowami: “Jestem ciekaw, jak opiszesz zdjęcia z tego wyjazdu, bo ja chyba bym nie potrafił. Są czasami takie rzeczy, dla których najlepszym komentarzem, jest jego brak.” Mądry on i musiałam przyznać mu rację. Bo choćbym i najmocniej chciała, to nic, null, nada – żadne słowa, ani zdjęcia nie opiszą tego, co przeżyliśmy. I chyba też dlatego dość długo, jak na mnie, dojrzewałam do poniższego albumu.
Bali, Jawa, Gili Meno – każda piękna, wyjątkowa i pełna emocji, którymi hojnie obdarza. Gdybym jednak miała wybrać, która z nich skradła moje serce bez reszty, jednym tchem wymieniłabym pachnące kadzidłami Bali. Bynajmniej nie dzięki zapierającym dech krajobrazom, jakie znaleźć tam można na każdym kroku. Nie przez urzekający klimat, w którym w końcu czułam się w pełni sił, a nawet nie za sprawą pysznego jedzenia, jednego z głównych aspektów, dla których w ogóle podróżuję. To wszystko traci ważność w obliczu ludzi, z którymi przyszło nam się zetknąć. Mimo tak wielu konfliktów, na świecie nadal pełno jest życzliwości, jednak śmiem twierdzić, że tylko Balijczycy posiedli tę magiczną umiejętność, dzięki której wdzierają się w Twoją duszę jak taran, kołtunią wszystkie negatywne emocje, stres i chęć dzikiego pędu za niczym w jeden wielki węzeł i zastępują go czystym pięknem. Nigdy nie byłam tak pełna spokoju i miłości do świata, jak w miejscu, w którym uśmiech zawsze sięga oczu, wyrozumiałość dla ludzkich przywar jest imponująca, natomiast podejście do życia wzruszające. I żadnej ściemy. Mistycyzm przeplata się z codziennością, religia nie jest jedynie pustym słowem, a boleć mogą tylko trzy rzeczy: nogi, od nieustannego zbaczania z wytyczonych ścieżek, mięśnie twarzy od mimowolnego, głupkowatego szczerzenia zębów w bezbrzeżnej radości, a na koniec serce, kiedy wyjeżdżając, przychodzi Ci zostawić jego połowę za sobą.

 

Kuta, to miasto, które przywitało nas na Bali. Uznawane za stolicę, pełne jest spragnionych wyzwań surferów, studentów i imprezowiczów. Oferuje wiele, niestety nie nam 🙂 My szukaliśmy zupełnie innej formy relaksu, stąd z uroków Kuty skorzystaliśmy głównie podczas konsumpcji przepysznej, bogatej w mikroelementy wody kokosowej. Koszt 20-40 rupii (5-10zł )

Gdzieś na końcu świata, każdego dnia odbywa się magiczny spektakl żegnający słońce. Droga do świątyni, w której ma miejsce, jest równie malownicza, co samo widowisko.

Podziwiając wielowiekową tradycję tego tańca, można zupełnie stracić kontakt z rzeczywistością. Jest ciepło, kolorowo, niekiedy powieje grozą, a czasem można się uśmiechnąć. Nie można jedynie pozostać obojętnym. Nawet na cenę. Aby dostać się na spektakl bez problemu, najlepiej wykupić wycieczkę w lokalnym punkcie (Kuta) – ok. 500 rupii za całość.

Wąskie uliczki Kuty oferują wiele kulinarnych wrażeń. Wszędobylskie warungi, czyli malutkie, często rodzinne knajpki, kuszą smakowitym zapachem i barwną różnorodnością. Za posiłek dla dwóch głodnych turystów, zapłacimy ok. 30-40 złotych. Na zdjęciu aromatyczne, soczyste sate z wieprzowiny, curry krewetkowe z mlekiem kokosowym oraz tutejszy must try, czyli nasi goreng. Całość wieńczą pyszne wyciskane soki.

Ubud okazało się piękną wisienką na torcie. Z dość mocno zatłoczonych uliczek wystarczy zrobić krok, aby przenieść się w zupełnie inny, zaczarowany świat kultury i natury. Tak jak tu, gdy natknęliśmy się na szkółkę tradycyjnego tańca.

Wszechobecne, zapierające dech w piersiach, zdobienia i rzeźbienia, statuy, rajskie bramy i inne niezwykłe miejsca, cieszą oko na każdym kroku. Trudno się powstrzymać od robienia zdjęć dosłownie wszystkiemu. Po jakimś tysiącu, przechodzi samo 😉

To właśnie buszując na lokalnym, balijskim targu, natknęliśmy się na najpyszniejszy owoc, jakiego przyszło mi spróbować – mangostynkę. Wyglądem przypomina śliwkę w twardej skorupie, natomiast w środku skrywa idealnie soczysty, słodki i lekko kwaśny miąższ w kształcie główki czosnku 🙂

Na całej wyspie silnie odczuliśmy bliskość człowieka z naturą. Te dwa światy przeplatają się ze sobą nieustannie. W tak bliskim kontakcie z dziką przyrodą nie byliśmy chyba nigdy.

Pobyt w Monkey Forest, to jedna z najpiękniejszych, najlepiej wspominanych przeze mnie chwil. Za drobną opłatą (20 tys. rupii) mamy przyjemność spacerować pośród setek małp, w ich naturalnym środowisku. Opiekunowie i jednocześnie strażnicy, pilnują, abyśmy pamiętali, że to my jesteśmy tam gośćmi. Małpy zresztą skwapliwie to wykorzystują i traktują ludzi, jak kolejne drzewa do wspinaczki.

Świątynia Pura Goa Lawah, do której dojechaliśmy, wynajmując uroczego prywatnego kierowcę (dwa dni – 800 tys. rupii), to żywa zgroza dla tych, którym nietoperze kojarzą się z wampirami lub złośnikami wplątującymi się we włosy. Świątynia słynie z jaskini pełnej tych stworzeń. Według legend, jaskinia ciągnie się przez 30 km , a jej ściany i sklepienie, szczelnie wypełnione są popiskującym inwentarzem. Nikt jednak nie może tego sprawdzić, ponieważ wejście do środka jest zakazane. Nam wystarczył widok z zewnątrz. Zapach również… Wejście na teren świątyni za opłatą (9 tys. rupii za osobę).

Tarasy ryżowe Jatiluwih, to miejsce dużo mniej oblegane niż słynne Tegalalang i to chyba był powód naszego zauroczenia. Przez die godziny wędrówki, spotkaliśmy zaledwie 3 turystów. Reszta napotkanych ludzi, w pocie czoła pracowała na swoje utrzymanie. Będąc tam, oglądając ich ciężką pracę przy zupełnym braku nowoczesnych maszyn, dużo mocniej doceniliśmy każdą zjedzoną miseczkę ryżu. Widoki przecudne, urok miejsca wyjątkowy. A koszt? Tak śmiesznie niski, że wyleciał już z głowy. Do wybrania jest kilka tras, różniących się czasem przejścia i długością szlaku.

Mimo usilnych starań kilku kierowców, aby zawieźć nas w rejon nico bliżej położonych wodospadów, uparliśmy się na zwiedzenie Sekumpul. I było warto. Zachwyca już sama droga przez dżunglę i setki schodów bez specjalnych zabezpieczeń. Na miejscu, kiedy już przebrniecie przez wszystkie przeszkody, warto wykąpać się u stóp wodospadów. Huk ogłusza, woda jest lodowata, ale wrażenia niezapomniane 🙂

Rytualne obywanie w Tirta Empul, ma na celu modlitwę za wszelką pomyślność. Wbrew pozorom, niezależnie od wyznawanej wiary, łączą się z nim olbrzymie emocje, co mogę potwierdzić osobiście. Na miejscu wypożyczymy sarong, jeśli nie chcemy moczyć własnego.

Pura Besakih jest obowiązkowym punktem na mapie Bali. Świątynia Matka, najważniejszy i największy kompleks niewielkich, rodzinnych świątynek u stóp potężnego, wciąż czynnego wulkanu Gunung Agung (akurat kilka dni temu dał o sobie ponownie znać). W cenie biletu wstępu otrzymujemy również pomoc lokalnego przewodnika. Koszt – 60 tys. rupii/osoba.

Bycie Balijczykiem, to stan umysłu. W większości wyznawany jest tu hinduizm, jakże jednak inny od tego w Indiach! Śmierć stanowi tu powód do radości. Balijczycy doceniają czas spędzony ze zmarłym i życzą mu wszystkiego dobrego w kolejnym życiu.

Wiara w reinkarnację i ulotność życia na ziemi, powoduje, że sam pogrzeb zmarłego staje się bardzo radosnym wydarzeniem. Nie ma tu łez i rozpaczy. Prędzej na twarzach dostrzec można uśmiech od ucha do ucha.

2 w nocy i 5 stopni Celsjusza nie powstrzymały nas przed wyruszeniem na wulkaniczną wyprawę. Aby zobaczyć wschód słońca nad wulkanem Bromo, trzeba się uzbroić w cierpliwość (do panujących na Jawie warunków “hotelowych”) oraz olbrzymią ilość miejsca w sercu, żeby to wszystko spokojnie chłonąć.

Po obejrzeniu wschodu słońca, czas wyruszyć na szczyt wulkanu. Droga wiedzie przez pustkowia, znad których unosi się szary powulkaniczny pył. Część trasy pokonujemy terenówką, jednak dalej wystarczyć musi już siła własnych nóg (dla leniwych jest też opcja wypożyczenia konia).

Nigdy nie sądziłam, że wulkan bezustannie mruczy. Brzmi to jak zadowolenie dzikiego zwierza. Przeżycie tej przygody kosztowało nas 2000 złotych, w tym: przejazd z Bali na Jawę z prywatnym kierowcą (łącznie z transportem promowym), noclegi, wszelkie bilety wstępu, przejazdy, przewodnicy i śniadania oraz powrót na Bali.

Gili Meno, to wyspa, którą można obejść w godzinę. Wokół… Do atrakcji zaliczyć można słone jezioro, beztroskie koty, ani jednego psa, brak pojazdów spalinowych (jedynie rower lub bryczka), spokój, ciszę, krystalicznie czystą wodę i pyszne jedzenie. Przez kilka dni pobytu wypoczęliśmy jak nigdy. Nic tutaj nie zajmuje umysłu, nie rozprasza. Mogliśmy bez ograniczeń cieszyć się sobą i otaczającym nas pięknem.

Miejscowi uwielbiają bawić się koralowcem, którego jest u bez liku. Wszędzie można więc znaleźć ozdobione nim “instalacje”.

Wybitny poziom zasolenia wód opływających wyspę, pozwala unosić się na wodzie i obserwować toczące się pod powierzchnią życie. Nawet tym, którzy nie potrafią pływać. Przejazd z Bali na tę rajską wyspę wiąże się z przeprawą łodziową i kosztem w granicach 600-900 tysięcy rupii za osobę (przy wykorzystaniu tzw. speed boat, a nie transport publicznego, którego nie polecamy ze względu na specyficzne podejście lokalnych ludzi do upływającego czasu i rozkładu jazdy).

Dodaj komentarz

Please Login to comment
  Subscribe  
Powiadom o